…a mianowicie z perspektywy feedera. Kim jest feeder na takim maratonie? Inaczej assistant, supporter, coach, to osoba, która wspiera zawodnika z łodzi, podczas wyścigu. Taka też była moja rola w tegorocznym BCT Gdynia Marathon. Jak się potem okazało, do opieki dostałem nie byle jaką zawodniczkę, bo Christine Jennings – utytułowaną amerykankę, 6. kobietę w rankingu światowym FINA, ubiegłoroczną i tegoroczną (!) zwyciężczynię wyścigu. Jak wygląda współpraca zawodnikiem takiej klasy i jakie są moje wrażenia z nowej roli, postaram się po kolei opowiedzieć poniżej.
Praca feedera opiera się przede wszystkim na dobrej organizacji, współpracy z pływakiem i przygotowaniu takich warunków, żeby zawodnik, czy zawodniczka mogli myśleć wyłącznie o tym, jak wygrać wyścig. W związku z tym dużą część pracy wykonuje się odpowiednio wcześniej. Ważne jest skompletowanie odpowiedniego sprzętu, przede wszystkim: kija do karmienia, tablicy do pisania komunikatów, zestawu do pisania (markerów i szmatki) oraz napoi, żeli energetycznych i jedzenia. Warto wspomnieć, że wszyscy dobrze wiedzą, że na ostatnią chwilę ciężko czasem dostać potrzebne rzeczy, mimo to wieczorem – dzień przed startem, hotel był pełen szwendających się ludzi, poszukujących zapomnianych rzeczy do swojego ekwipunku.
Kij do karmienia, to długa, zwykle teleskopowa tyczka, najczęściej zakończona miejscem na dwa kubeczki. Kij, jak sama nazwa wskazuje, służy do karmienia zawodnika podczas wyścigu i jest wymagany ze względu na przepisy FINA. Po pierwsze, nie można podawać jedzenia albo picia bezpośrednio z ręki, żeby sędziowie mieli pewność, że zawodnik nie jest podciągany przez załogę z łodzi. Po drugie, kij stanowi pewien bufor bezpieczeństwa, który pozwala nakarmić pływaka z bezpiecznej odległości, tak żeby nie dotknął łodzi (co może spowodować jego dyskwalifikację). Kije do karmienia są „produkowane” samodzielnie przez zawodnika, lub jego ekipę, więc każdy z nich jest inny, unikalny. Niektóre z nich wyglądają bardzo profesjonalnie, inne przypominają totalną prowizorkę, na przykład dwa koszyczki od bidonu rowerowego, sklejone taśmą izolacyjną. Cóż, najważniejsze, że działa.
Ważną sprawą jest też komunikacja z zawodnikiem. Na morzu generalnie słabo słychać, więc przydatnym patentem są przenośne tablice, na których zapisuje się proste komunikaty. Dzień przed startem usiedliśmy razem z Christine i umówiliśmy się na podstawowe „kody”, których miałem używać, żeby ogłosić porę karmienia, podawać międzyczasy, dystans do końca, oraz odległość od rywali/rywalek. Kody działały świetnie, ale na morzu okazało się, że mamy pierwszą „wtopę” – marker z tablicy zmywał się bardzo źle i nie dało się szybko pisać nowych komunikatów na tej samej tablicy. Na szczęście mieliśmy zapasowe kartki na łodzi i udało się wybrnąć z problemu obronną ręką.
Jak wyglądał sam maraton? Rano, po śniadaniu wypłynęliśmy promem z portu w Gdyni na Hel. W czasie rejsu zawodnicy zostali przebadani przez lekarzy, dostali numery startowe i chipy do pomiaru czasu. Pomimo, że do startu zostawała nieco ponad godzina, a na promie okropnie bujało, humory dopisywały, co doskonale widać na zdjęciu.
Na brzegu ostatnie przygotowania: rozgrzewka, zakładanie strojów, smarowanie. O ile stroje wszyscy zawodnicy mieli prawie identyczne (muszą spełniać regulacje FINA), to przy smarowaniu znowu było widać indywidualne preferencje, żeby nie powiedzieć: rytuały. Patentów było tyle samo co zawodników. Najczęściej stosowane były różne kombinacje tłustych kremów: wazeliny, lanoliny i kremów do opalania. W mojej świadomości przemknęła też cicho parafina oraz inne mazie, o których istnieniu do tej pory nie słyszałem. Najbardziej wyluzowani byli jednak Rosjanie, którzy smarowali się bardzo lekko, pewnie tylko dla tradycji i chyba nie uważali 18 stopni w morzu, za wielkie wyzwanie pod względem termicznym.
Sam start maratonu miał małą obsuwę, głównie dlatego, że czekaliśmy aż fale nieco ucichną (a i tak nieźle kołysało!). O 10:40 zawodniczy ruszyli do wyścigu i zaczął się najtrudniejszy moment dla nas feederów. Problem wynikał z faktu, że na początku zawodnicy płyną w jednej grupie i podąża za nimi cała chmara łodzi, w której każdy być najbliżej swojego pływaka. Dodajmy do tego spore fale oraz problemy ze sterowaniem łodzią i przepis na awantury mamy gwarantowany. Pierwsze karmienia to ciągła walka o znalezienie dogodnej pozycji tak, żeby nikogo nie staranować, co najboleśniej odczuła by sama zawodniczka – dyskwalifikacją. Dość szybko jednak stawka się rozciągnęła i można było trochę odetchnąć. Tylko trochę.
Christina jest mocna na tych zawodach. Długo płynie z najmocniejszymi chłopakami i zostawia w tyle resztę rywalek. Zupełnie nie wygląda na zmęczoną i czasami nawet rzuci z wody jakiś żart. W pewnym momencie wydaje się, że można już całkowicie się rozluźnić i łatwo dowieźć zwycięstwo do końca. Przed 15 kilometrem mocno z tyłu napiera jednak Rosjanka Aleksandra Sokolova, która w krytycznym momencie zbliża się do Christine na prawie 100 m. Relaks się skończył, a łódź wibruje od krzyków i kibicowania całej załogi naszej łodzi. „Don’t let her catch my legs”, mówi Christine i ostro podkręca tempo.
Mimo szybkiego tempa, Rosjanka cały czas utrzymuje odległość i cały czas jest groźna. Rywalizacja jest na tyle zacięta, że doganiamy chłopaków, których przez większość wyścigu nawet nie widzieliśmy. Na ostatnich 500 metrach sprawa jest już przesądzona – Christine będzie pierwsza w klasyfikacji kobiet. Co więcej, jeśli dobrze powalczy, ma szansę ścigać się z chłopakami o 3 miejsce w klasyfikacji generalnej. „Go, go, go!”, nic więcej oprócz krzyków już nie słychać.
Na koniec dzieje się rzecz niesamowita. Chłopaki zgubili trochę kierunek i nadkładają sporo drogi. My płyniemy w miarę prosto i to Christine wpływa pierwsza w ostatni korytarz z bojek. Ostatnie metry nic już nie zmieniają w kolejności i to właśnie ona kończy maraton jako trzecia w klasyfikacji generalnej. Czapki z głów.
Przyznam szczerze, że pierwotnie miałem zamiar robić dużo zdjęć podczas wyścigu. Na początku i w końcówce wyścigu było jednak tyle roboty, że po prostu nie było na to czasu. Częste karmienia, pilnowanie tempa, rywali i przede wszystkim kierunku zajmują tyle uwagi, że nie ma nawet kiedy wyjąć aparatu i zrobić kilku fotek. Pierwszy raz w roli feedera był stresujący, to muszę przyznać. Mimo to nie ma chyba nic tak fajnego, jak zobaczyć wspieraną zawodniczkę, wygrywającą zawody z taką klasą jak Christine.
Napisane przez: Paweł Rurak